Przez kilkanaście ostatnich lat zdążyłem się całkiem nieźle w tej mojej szafie urządzić. Szerokie łóżko, miękka poduszka, wygodny materac. Koło poduszki miejsce na maskę, którą tak umiejętnie wkładam co rano i którą z nieopisaną przyjemnością ściągam wieczorem. Czasami tak sobie myślę, a może by tę maskę powiesić na górnym szczeblu, tak żeby była w zasięgu a jednak trochę dalej niż zaraz koło twarzy. Nic z tego. Kiedy tylko maska nie rzuca choćby odrobiny cienia na twarz, czuję paniczny lęk. I nieuzasadniony wstyd. Zupełnie tak, jakbym wybrał się na spacer po deptaku w pełnym negliżu. Zatem maska zostaje na swoim miejscu.
Moja szafa nie budzi skojarzeń ani domysłów. Jest zupełnie spoza "środowiska". Manewr wynurzania się od frontu, z misternie dopasowanym kamuflażem opanowałem do perfekcji. Praktyka Jamesa Bonda, Maty Hari i Fantomasa w jednym. Kiedy można, niepostrzeżony unik, kiedy postawiony pod ścianą - kamuflaż w stanie nienaruszonym określa jednoznaczny heterostatus. O dziwo, nie gubię się jeszcze w tych praktykach. Jednocześnie jak każde zwierzę ulegam działaniu hormonów. Czasami pozwalam sobie pofolgować, uchylam kawałek maski, zdejmuję okulary i obserwuję. Zawieszam wzrok. To jednak nie trwa długo - druch bezwarunkowy unikania bezpośredniej konfrontacji nakazuje mi wykonać unik. I wszystko wraca do "normy". Maska na twarz i przed siebie, 1:0 dla uwarunkowań kulturowych.
Maskarada daje mi pozorny spokój. Czasami mam wrażenie, że ja, szafa i maska żyjemy w dziwnej symbiozie. Ja dbam o maskę i kondycję szafy natomiast one pozwalają mi na realizację swojej osoby w heteronormatywnych realiach. Prawda li kłamstwo ? Nawet jeżeli kłamstwo, to niebezpiecznie w nie wierzę.
Wieczorami, kiedy już wygodnie rozwalę się na łonie szafy, bez maski na twarzy (ale położonej w bezpiecznej odległości i w zasięgu ręki) snuję różne historie. "Spalę cię kiedyś dziwko" mówię do szafy w swojej wyimaginowanej, oskarowej roli. A szafa odpowiada "Takiego ch*ja, nie odważysz się", chwyta mnie za gardło i dusi. Zmuszam się do zaśnięcia, rano przecież muszę wstać, domalować ubytek farby na masce i wyjść. Jak co dzień.
___
Hultaj meloman poleca
Fischerpooner - Happy
"Everything has taken a turn
In disguise as what I want
I can leave her
I can leave her
But I keep coming back... for more"
Moja szafa nie budzi skojarzeń ani domysłów. Jest zupełnie spoza "środowiska". Manewr wynurzania się od frontu, z misternie dopasowanym kamuflażem opanowałem do perfekcji. Praktyka Jamesa Bonda, Maty Hari i Fantomasa w jednym. Kiedy można, niepostrzeżony unik, kiedy postawiony pod ścianą - kamuflaż w stanie nienaruszonym określa jednoznaczny heterostatus. O dziwo, nie gubię się jeszcze w tych praktykach. Jednocześnie jak każde zwierzę ulegam działaniu hormonów. Czasami pozwalam sobie pofolgować, uchylam kawałek maski, zdejmuję okulary i obserwuję. Zawieszam wzrok. To jednak nie trwa długo - druch bezwarunkowy unikania bezpośredniej konfrontacji nakazuje mi wykonać unik. I wszystko wraca do "normy". Maska na twarz i przed siebie, 1:0 dla uwarunkowań kulturowych.
Maskarada daje mi pozorny spokój. Czasami mam wrażenie, że ja, szafa i maska żyjemy w dziwnej symbiozie. Ja dbam o maskę i kondycję szafy natomiast one pozwalają mi na realizację swojej osoby w heteronormatywnych realiach. Prawda li kłamstwo ? Nawet jeżeli kłamstwo, to niebezpiecznie w nie wierzę.
Wieczorami, kiedy już wygodnie rozwalę się na łonie szafy, bez maski na twarzy (ale położonej w bezpiecznej odległości i w zasięgu ręki) snuję różne historie. "Spalę cię kiedyś dziwko" mówię do szafy w swojej wyimaginowanej, oskarowej roli. A szafa odpowiada "Takiego ch*ja, nie odważysz się", chwyta mnie za gardło i dusi. Zmuszam się do zaśnięcia, rano przecież muszę wstać, domalować ubytek farby na masce i wyjść. Jak co dzień.
___
Hultaj meloman poleca
Fischerpooner - Happy
"Everything has taken a turn
In disguise as what I want
I can leave her
I can leave her
But I keep coming back... for more"


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz